Sto tysięcy dolarów za 42 kilometry. Dorota Gruca — mistrzyni, którą wybiegało hrubieszowskie liceum
Olimpijka z Pekinu, rekordzistka Polski na 10 000 metrów i siedmiokrotna zwyciężczyni wojewódzkiego plebiscytu. Zanim podbiła maratony od Meksyku po Boston, była licealistką z Hrubieszowa, którą trenował Andrzej Kulczyński.
Listopad 2004 roku, meksykański Mazatlan. Polska biegaczka dostaje od organizatorów hotel daleko od startu — taki, w którym, jak potem opowie, „straszyło": całą noc ktoś chodzi po pokoju, rano trzeba się przenosić. Dwa dni później ta sama zawodniczka wygrywa Wielki Maraton Pacyfiku, bije rekord trasy i — jak sama opowiadała w wywiadach — odbiera samochód oraz sto tysięcy dolarów premii. Dorota Gruca — bo o niej mowa — do dziś figuruje na tamtejszej liście rekordzistek. A jej sportową historię w dużej mierze napisał Hrubieszów.
Licealistka od trenera Kulczyńskiego
Urodziła się w 1970 roku w Tarnogrodzie i przez całą karierę reprezentowała jeden klub — Agros Zamość. Ale to Hrubieszów ją uformował: tu chodziła do liceum ogólnokształcącego i tu, jak sama wspominała po latach, po skończeniu szkoły zawodowej zmieniła szkoleniowca — „przeszłam do trenera Kulczyńskiego z Hrubieszowa". Pod okiem bohatera jednego z poprzednich odcinków naszego cyklu zdobyła medal mistrzostw Polski juniorów na 3000 metrów. Charakter miała od początku: pierwszy maraton przebiegła jako 19-latka, właściwie bez przygotowania — najdłuższy trening miała wcześniej 25-kilometrowy — i od razu złamała trzy godziny.
Od Krakowa po Pekin
Potem posypało się wszystko, o czym marzy biegaczka: ponad dwadzieścia medali mistrzostw Polski seniorów na dystansach od przełajów po maraton, rekord Polski na 10 000 metrów (31:52,11 z 2004 roku, pobity dopiero dziewięć lat później), brązowy medal drużynowych mistrzostw świata w biathlonie letnim w Krakowie w 1997 roku, trzynaste miejsce mistrzostw świata w maratonie w 2005 roku i — ukoronowanie wszystkiego — start olimpijski w Pekinie w 2008 roku. W plebiscycie Tygodnika Zamojskiego na najlepszego sportowca województwa wygrywała aż siedem razy, w tym cztery z rzędu — do dziś nikt tego wyniku wśród kobiet nie powtórzył.
A była w tej karierze i lekcja charakteru: w 2004 roku do olimpijskiego minimum na Ateny zabrakło jej 7,11 sekundy. Zamiast się załamać, pojechała do Meksyku — i wróciła stamtąd z rekordem trasy oraz, jak wspominała po latach, z samochodem i czekiem, o jakim polscy długodystansowcy mogli wtedy tylko pomarzyć. Trzy lata później w wielkim maratonie w Amsterdamie finiszowała druga, rozdzielając na mecie Kenijkę i Etiopkę, a w 2010 roku — miesiąc przed czterdziestymi urodzinami — zdobyła swoje pierwsze mistrzostwo Polski w maratonie.
Z Zamojszczyzny do Nowego Meksyku
Od 2010 roku mieszka na stałe w Stanach Zjednoczonych, w Nowym Meksyku, gdzie trenowała na wysokości 1300 metrów. Karierę zamknęła w 2015 roku, symbolicznie — na trasie najstarszego maratonu świata w Bostonie — po dwudziestu pięciu latach biegania, z czego piętnastu w pełni zawodowego. Dziś pracuje jako trenerka biegaczy-amatorów. Zamojszczyzna nazywa ją najwybitniejszą sportsmenką w swoich dziejach — a my w Hrubieszowie mamy prawo dopisać: kawałek tej wielkości wybiegała na naszych ulicach, pod okiem naszego trenera.